
Ciężko jest uzyskać skrystalizowaną refleksję, nie przeistaczającą się w bezmierny bełkot, po tak długim czasie. Po tylu zmianach. Po czasie rozterek w świecie małej autonomii człowieka, który może sobie pozwolić na afektowaną samotność rozpraszaną tylkoprzez diody wszelkiej maści, umyłam się i włożyłam do szafy gadżety wyjazdowe. Portfel wybróżniony z mamony i moralnego usprawiedliwienia. Włączam się do mieszkania, do Ciebie do nas ale to już chyba przeszłość . Słyszę jak trawie śniadanie. Mnóstwo kanapek z serem, jogurtów, tostów, kaw przelewa się obok. Można to skojarzyć z tym, że litery się rozluźniły, osiągając taktowny balans. Równowaga to nie tylko hipotetyczny stan. Patrzysz na litery, S jest s u p e r.
Chroniczny bezwład, bezsilność w każdym elemencie który nie jest odporny na światło dnia.
Elemencie ciała, mentalnego gówna, które ogarnia wszystko. Siła to za mało by utrzymać szczęście, tak prozaicznie, ogólnikowo. Napisałaś 'wszystko', a starając się nie robić zbędnych introspekcji rozwiń termin.
Ile jest warte Twoje wszystko?
Wierzyłaś w iluzjonistyczną perspektywę,przedłużając każdą sekundę do maksimum, by chłonąć. Czuć,całe świadome życie inwestujesz w to, by czuć. Tym razem,już wiedziałaś,że się uda,tylko czekałaś analizując możliwości i układając się w oddechu słońca,po jakże długiej zimie.
Twoje 'uda się' i 'wszystko' trwało mniej niż poł sekundy.
Człowiek,dla którego chciałaś chcieć,pragnęłeś być,tworzyć,budować,otwierać każdy zakręt myśli,nawet wspomnień. Rzucić dotychczas,które przez lata budowałaś. Każdą płyte,którą szukałaś przemierzając Śląsk, Wrocław czy Prage był niczym w porównaniu z iluzją postaci jaką miał być.
Czekając i wchłaniając odór spelunowych barw byłaś taka piękna,ci ludzie -wypchani czy wypruci- ślinili spojówki na Twój widok,wiesz?
Wiem.
Każdej nocy tych miesięcy ubierałam siebie , w atomach cuchnącego baru, w klasycznych spodniach czy oldschoolowych bluzach. Tej pierwszej, rozprutej realizmem byłam naga.
Naga,jak oddech.
Niema. absurdalnie tropie coś innego. Coś czego dotknąć nie mogę. Uciekam od tego co mam. Ukochałam sobie role cierpiętnicy.
Zachwycasz bo jesteś taki nierealny. Bo opracowałeś sobie piękny obraz, uśmiech.
Stajesz się rozmową ze Wszystkim,gwóździem do trumny mojej radośći,emocjonalnego odbicia we własnych źrenicach. Wszystkim,ubranym w ciężar dnia, ale gdyby nie świadomość pierwszego słowa tego zdania, ominęłabym Cie szerokim łukiem,między obszczanym murem a trawnikiem.Nie chce żebyś wracał, nie chce wiedzieć ze nie jesteś. Nie chce po raz kolejnt podnieść a wkcie entuzjazu kąciku ust, żeby za to poczuć zaopach toksyn.
Nie, nie, nie.
Chcę nadal wierzyć, nie budzić się za kilka lat ze śliną na poduszce.
Chcę znów doszukiwać się względności.
Chcę transkrybować delete.
Miliony zgrzytów obcych stóp, obserwuje przez szpary zbędny tłok. Kanalizuje tą cała śmieszną irytację siłą dośrodkową. Kaleczę swoje wnętrze i Twoje też. Krwotok jest nieuchronny, przyszłość za chmurą z ust, przesłoniętą mgłą parujących rozkoszy szablonowych dni. Demobilizacja. Wróciłam. Zirytowana. <Br> Pod kocem mogę znaleźć masę snu, mniej myśli. Trochę codziennego kurzu i mało powietrza. To tak jak z małymi dziećmi które pozbawione naturalnej bariery immunologicznej umierają na katar sienny jeśli nie trzyma się ich w plastikowych workach. Żeby zobaczyć powietrze, czyjąś drażniącą twarz wystarczy podnieść pościel i otworzyć najmniej jedno oko. Idę. Mechanicznie odsłaniam żaluzje, windykuję skrawki światła, znajduje majtki, spodnie, fajki. Szukanie skarpet. Zmienianie książek, zwijanie jointa. Czyszczenie koszulki, palenie i mocna kawa na dzień dobry po kacu. Nie – nie – nie opiera się łokciami, wie że nie mogę pisać i że nie wiem gdzie mam dom. Fajka. Imagizm wciąganej spaliny. Dyformizm Twojego ciała na onirycznej rozbieżni.
Zatańczysz i spadniesz. Zakręcisz się w małe kółeczko i wyjebiesz na dywan. Zatańcz i zaśpiewaj na małą śmierć. Jesteś młodszy o całe moje życie, toteż Ciebie nie ma. A ja jestem jak najbardziej.
Wstań, idź, stój, padnij, spadaj. Zgadnij co jestem? Jestem małe, jestem złe, jestem nieciekawe. Jestem. wiele o mnie nie wiesz. Tam z jednej szuflad, teczek, zeszytów,, coś. Może plama albo zapach. Dziura po fajce. Zapach stu papierosów, smaki stukotu kobiecych obcasów, męskich głosów, wyrazów, fraz, waszych snów, głów. Wzdycham. Nie piszę dużo. Nie piszę o niczym. Nie dziś, nie teraz. Można umieścić to w wielu ramach na wielu ścianach, klatkach więzieniach. Można stłumić wolność… To delikatny stan…Patrzę się w oczy psów szczekających na mnie mokrą sierścią. Szukam wyjaśnień słow. Nic nie ma. Szukam punktu zaczepienia, wczepienia i odniesienia. Gdzieś we łbie setki tysięcy myśli, a ja żadnej nie potrafię ująć. Gdzieś tam przepełniony aparat, luki na ścianie, niewywołane klisze i puste atramenty. Gdzieś uczę się, piszę, myślę, planuję, zapamiętuję. Gdzieś odwlekam, zapominam, gdzieś gubię. Nie chcę… Nie mogę… Nie wiem jakim cudem to wszystko się we mnie mieści. Jak żyje i dlaczego się jeszcze nie pozabijało w głowie. Brodzę palcem w popielniczce, wstaje, kładę na sobie, trzymam., puszczam, płonę. Medytuję nad każdą pustą kopertą którą Tobie wysyłam. Cudownie. Cieszę się , że mogę Co to wszystko powiedzieć. A parzcież nie tak dawno każdy dzień smakował jak truskawki, te prawdziwe, hodowane naturalnie. A teraz? Nawet szum w radiu. Antena leży gdzieś ponięta, znudzona. Nie chce pisać listów. Nie chce mówić. Wole to wszystko słuchać, snuć, kaszleć i głaskać.
Uparcie poszukuje odpowiedzi na pytanie dlaczego i jedne co mogę winić to głód substancji smolistych których braku uzupełnić nie mogę. I tego się trzymam. Już żadnej z chorych mentalnie myśli nie dam sie omotać. Oddaje się myślą o szczupłości i bladych kościach tłumnie mieszając je w gnuśną papkę z fantazjami o perfekcyjnym partnerze. Tęsknie i pragnę. Bo wierze że i to się stanie. No i lepiej. Zaciskam powieki i mówię dobrze. Widzę białe plamy, przenikające światło. Gryzę się w rękę, żeby nie wykrzyczeć Ci w twarz. Idź. To całe życie niesie ze sobą pozorowanie zblazowanego szczęścia. Co też bełta się z rojeniami, przeto nie wiem co jest autentyczne. Siedzę, piję, jem wstaje, oglądam zasypiam, myślę, myślę. Nie mam broni. Ale najlepszym atakiem w tej sytuacji jest obrona. Toteż zamykam się w sobie kompletnie. Nie jestem dobrą osobą do budowania czegoś, co najwyżej mogę trzymać palcem wstążkę, kiedy pakuje się prezenty. I nic więcej. Z każdym kolejnym kilometrem coraz bardziej chce mi się płakać, a z każdym kolejnym pożegnaniem lepiej sobie radze. I Jest tak fajnie jak ktoś dotyka. To prawie z osłupienia umieram.
Bezustannie umieram i rodzę się. Spadam i turlam sie. Nuże się w tym całym nieszczęściu z klasą, z pełną pompą. Dystyngowanie, z klasą angielskiej królowej. Nie chce ale pakuje się coraz bardziej. Rozwalam się nad swoim ja. Rozkładam krzyczę i śmieje się szyderczo. Jestem małą dziewczynką w za dużych butach, w koronkach, z dinozaurami, z ciasteczkami albo z panem ciasteczko za rękę. Z marcepanem w kieszeni bądź też ze skarbami całego świata w plecaku. W tym całym kramie nawet w najmniejszym stopniu nie jesteś tym kogo szukam, ale źle mi przy Twojej absencji .Piękny ideał! Ciebie poślubię i zakopie. Jakiś defekt kiepskości w Tobie siedzi. Wobec tego ja uciekam, umieram czy znikam. Zdarzało się nieraz, że leżałam na dywanie, leżałam na tapczanie, leżałam na dnie wanny. Wszędzie tam gdzie mnie nie szukałeś i nie znajdziesz. Bo nie chcę być znaleziona. Nie cierpię ciepłego piwa, nie znoszę Twojego hałasu, zabierz suszone grzyby, przyprawione tosty, swoje perfumy, skurcz to w sobie i wynieś.
I zostaw mnie. Samą. Na podłodze, samą rozgoryczona. Samą ze sobą. Samą z siebie. Cofam się. Pływam po dywanie w kolorach reggae jak w basenie. Nie odnajdujesz mnie. Tak naprawdę to nie ja, to plastikowe uczucia, ja w sobie się budzę, żeby to opisać, zmiąć, wywalić, pośmiać, popłakać. Wszystko to wypływa ze mnie z każdą sekundą. I kiedy mówisz– to zadzwoń do mnie- to mi się automatycznie nie chce,. Chyba po prostu się wyśpie. Prześpię Cie, prześnię i już znikniesz.
Ślady które zdawały mi się być takie niezmywalne są rzeczywiście z bardzo przezroczystej taśmy i powoli ze mnie odchodzą. I ja już nie wiem co miałbyś zrobić. Nic nie ma. Już mnie nie masz. Teraz to czuje się zmęczona. Możemy się spotkać i pewnie spotkamy. Ale nie wiem czy chce. Nie wiem właściwie nic. Chyba wole spać. Bo nie chce mi się oglądać z Tobą filmów, pić kawy czy zimnego piwa. Czuje jak to wszystko się rozciąga Rozciągnięta, odciągnięta od tego co było, co jest, jedząc marchewki, pijąc herbatę i idąc jedną nogą myć naczynia. Chciałabym teraz leżeć w wannie. Bo lubię kręgosłupem szurać po dnie. Nurkować i słuchać pod wodą. Lubię słyszeć jak moje serce bije tudzież jak płuca świszczą przy każdym oddechu. I jak woda rozprasza te dźwięki. Czuje się tak bezpiecznie. Czuje jak wypełniam tą wannę. Zapachami, biciem serca i wypadającymi włosami. Wypełniam ją całą wówczas. Później to bym nurkowała. Jak w akwarium. Ciągłe skojarzenia. Jestem chora.
skomentuj (2)
Teoretyczny popęd docisnął z sennym sykiem peta o spód popielniczki i wichrząc swoją włosowatą konstrukcje główną - długo ziewnął. Pigułka przestała działać. Zaczynam widzieć na zielono, co stało się źródłem subtelnych spazmów lędźwi. Może warto by było skonsumować cytrusa lub coś o uderzającej kolorystyce smaku. Rozproszyć jednobarwne bezprawie myśli. Odrażające osocze wieczornego poranka, wyłaniające się z ciepłej macicy kontrolowanych snów. Pozyskiwanie zamglonej faktury pod presją zwiotczałych konieczności. Świadoma słońca, Twojej absencji. Leżąco siedzący nieistniejący tryb życia. Cyberprzestrzeń zasysa człowieka, ciemięży go brutalnie po czym spluwa to wybladłe truchło. Trzody zgarbionych postaci, niczym koło ewolucji, klepiących nocami niekończące się wstęgi wyznań. Pakiety emocji, uczuć, filozofii. Stanów podniosłych lub lekkowych. Wszystko to sprowadzone do sekwencji zgodnych z protokołem tcp /ip. Młodość, życie, zapał z wstępnym rozmachem galopujące po kablach z osiedla na osiedle, by wreszcie odczuć antropiczną metamorfoze w jałową nicość. Władcza diaspora informacji. Nic nie zostaje. Żałosny byt mikroskopijnych robaczków człowieczego planktonu pływającego w morzu zdominowanym przez chimery – Onet, coca cola, tp. Sa. Toteż modernistyczne społeczeństwo usuwa z siebie w higieniczny sposób toksyczne odpady… Nie rozumiem skąd u takich jak ty tak często pojawia się poczucie wyższości.
(Obudź się! Na Twoich narządach rozrodczych są blizny! Całe życie będziesz łykał wszelki proszki żeby tylko otrzymać stosowny poziom hormonów. )
Kierując się Twoją logiką, można stwierdzić, że to wielce skomplikowany kostium. W miejsce zwyczajnego make up – make up permanentny. Różnicą pomiędzy nimi jest to, że Ty przeszedłeś tą katorżniczą długą drogę do bycia sobą i nic się nie nauczyłeś. A ja brnąc tą nią brałam dodatkowe fakultety. Mój krytycyzm odnośnie Ciebie jest wiele mocniejszy niż do klasycznego człowieka. Po tym co przeszedłeś powinieneś mieć rozleglejszy światopogląd i można od Ciebie wymagać więcej (przykro że przy sposobności nie zoperowali Ci klatek na oczach). Jednak mnie potraktowałeś prądem, zdarłeś skórę i przetwarzasz na analogiczną do siebie kaszankę. Psycho folią oplotłeś moją głowę. W płucach wzrosło zagęszczenie dwutlenku, chcę szybko usnąć i o Tobie nie myśleć. Krążek z miodu, karton mleka i pejzaże z dni. Na błocistym przejściu mijałam jednego ubożuchnego człowieka, jednego cuchnącego amoniakiem, wąsatego biednego człowieka o fizysie chilijskiego bojownika, oczach nieczystych od cuchnącej wody i duchu pozlepianym w pióra. Którego w okolicy zapewne nie było. W dłoniach ściskał substancjalny worek, a w worku parę miedzianych monet. Tylko takie, te w kolorze włosów mojej matki. A ja miałam przy sobie jeden niedopałek w pacce i nawet woni cetnu. Gdzieś w pobliżu jak kikut czyjejś nogi bądź ręki. Stado myśli. niekiedy je brałam i wyrzucam jak papierowe chusteczki do nosa. W momentach takich marze o nowym imieniu, wszak bywa że moje robi wrażenie plastra nikotynowego, który przykrywa okolice łopatki. Roje o kombinacji liter a wreszcie wymyślam, że pomimo mojej awersji do chrapliwości języka rzeczywiście nazywam się Mahcok Ozdrab i w tym też jestem naczystsza. Gdzie niegdzie umierają liście, zwijając się w niehigieniczniezmurszałe zzieleniałe od brzoskwiniowych zasłon ruloniki. Których końcówkami palącymi w późnej iskrze latarniowego bezruchu nakreślałam i
wycinałam ze zbitego powietrza. Zaciągając się zdecydowałam się że kończę z tym pieprzeniem bo nawet to mi nie wychodzi. Nie wiem już czy to statystyczne, stawiane karmienie słowami się was i różnorakich jałowych butelek altruistów toteż… Będę schludniej i przezroczyściej bynajmniej dopóki nie wykażę skuchy. Do chwili kiedy moje ego nie wykona serowej dziury w mojej mądrości i autokrytyce. Od dni składa się że ktoś jest sam dla siebie od a do z, bez stacji na ani jednej literze. Ciągnie mnie bezsensownie za rękę, aż do zerwania ostatniej plomby. Ale przecież te zbyt ciemne oczy są tak beznadziejnie nieponętne, wszakże wyglądają jak małe guziczki… Wszystko co w nich można zobaczyć to wyłącznie dwie dziury, zapewne od niepojętych ilości chemikali. I jedyne czego pragniesz to je wykolć. Ale co? Dalej pijemy tanie wino, lecz z dala od artystów i filozofów.
Ciągnąć będę podróż pełną soni. Wszak to głównie na tym tkwi moja ekonomia żywieniowa. Nawet rozmawiać mi się nie chcę. Pale. Słucham muzyki, wyczytując jakieś słowa. Bo w końcu czyje o życie?
Idę na wiceroja, mała wodę i ławkę. Ze słuchawkami, Jones, Turnau, Chapman pod pachą.
Może ułożę pasjansa.
Nieszczęście opiera się na tym że obsesyjnie szuka się szczęścia we wszelkich innych dziwnych rzeczach czy sprawach. W cudzych koszulkach, w cudzych oczach, uściskach, tego szczęścia w akcie desperacji szukasz nawet między zębami. Szukasz go nadal, myśląc jaką herbatę wypić. Szukasz go przeraźliwie wracając w późno w nocy, kładąc się na tapczan w butach, niezmytym tuszu d rzęs, z nie zmytymi zapachami, z tym szczęściem hipotetycznie pod skórą. Bo tak fajnie było, znajomi, muzyka, głośno i..
Nic.
Nic, bo było to szczęście popularne, łatwe do zdobycia, znalezienia. Ale wystarczy się obejrzeć i zobaczy się ze nic. Gorzej jest jednak jak dostrzeżesz coś.
Wtedy zaczyna się to gorsze. Wszystkie Twoje malutkie szczęścia, wielokolorowe kamyczki, koraliki, Twoje tusze di rzęs, zapachy, batoniki, wspomnienia i buty na nogach, ważne nie są. Bo istotne jest to co widzisz. Obracasz się i biegniesz na ślepo, róże ranią nogi, masz mnogo szram na rękach, to paznokcie znajomych którzy chcą Cie powstrzymać, masz zdewastowane ubranie, inną woń.
Reasumując więc, szczęściem jest życie w ograniczonej niewiedzy. Obawy te, maltretują mnie, przeskakuje linie na dywanie, szpary w podłodze, głaszcz dzikie czarne koty, jestem szczęśliwa, toteż poszukuje tego szczęścia, widzę je. Biegne no i jest ściana, szyba, mur. Co tam chcesz.
Dlatego też myśleć o tym staram się nie, jednak, że każdorazowo myśli te ponownie mnie napawają. Wypełniają całą swoją fantastyką, pustką, sensem, kolorami, życiem.
Bo z myśleniem jest jak z prowadzeniem burdelu, przecie mam tu bohaterów, kontrast sytuacyjny, fantazje, obrazy, atrybuty i treści. To absorbuje. Dziwki są ubrane tak jak tego pragnę i niestety nierzadko tak jak tego pragniesz Ty. Moje kurwy – co fakt, bywa i tak, że łapią syfa, oczko na rajtuzie, niestarannie pomalują paznokcie, ale takie właśnie je kocham i biorę. Ale sama ja- damski alfons, o podkrążonych oczach z przyklejonym do dolnej wargi vicerojem nie mogę zaoferować nic. Nawet Tobie. Jednak, zawsze, po mniej czy bardziej owocnej konsumpcji zapraszam na partie chińczyka bądź na swobodny interwiew . Nie poruszający jednakże tematu moich kurw. ajuści nie jest mi ani odrobinę przykro za skazy dziewcząt, które dla mnie pracują. Wszystkie mają przecież bogatą historie i jakiś powód aby tu być. Ale wiem że Ty i tak, bez względu na ich stan, spuszczasz się niezależnie czy nosisz w majtkach fjuta. Wszak bawisz się w nim, równocześnie próbując dać im nowy wigor. Prowadzenie tego syfu, jest jak biznes, ale bynajmniej szczery i realny. Moje kurwy są prawdziwe; brudne, myte w zimnej wodzie, z nierównym makijażem, nierzadko wredne i dwulicowe, o suchych dłoniach i spękanych wargach. Gdybym miała odrobinę chęci, może bym je wymalowała. Nieprzerwanie, z każdą sekundą pojawiają się kolejne lolitki w farbowanych włosach i podartych koszulach. Kochają kąpać się nago w moich myślach. Mój cholerny burdel, w którym pieprzą się Twoje siostry, kochanki i córki. Opuścić ich nie mogę. Pogrążona na kanapie rozmawiam z nimi, ocierają się o mnie jak stado wygłodzonych kotów. A Jachom nie chce otwieram przed Tobą drzwi do tego burdelu. Postawiłam go we własnej głowie a teraz rozdaje na prawo i lewo wizytówki wszelkim zboczeńcom, którzy wchodzą i spuszczają się na dywan. Masochizm?
Jednak że kocham go, wszak ratuje mnie z jednostajności dnia codziennego. Jako że moje życie osobiste obecnie sprowadza się do tego ażeby obejrzeć co najmniej dwa filmy dziennie (a w nocy nawet niekiedy udaje mi się obejrzeć jakiś na poziomie), pijaniu wody i zapamiętywanie jawnych bądź nocnych snów. Tych mam tyle, że a ach. niesamowitych, barwnych ujmujących, fenomenalnych i oh i Ah! że aż budzę się z wytrzeszczem oczu typowym dla oh. Toczących się między kupnem zeszytu i walką wręcz. Bez orgii, hałasu, żądzy i orgazmów. Mimowolnie jednak dobrze mi tutaj ostatnim czasem, zdana jestem w pełni na siebie, jestem sama, dla siebie, ze sobą. W domu mym rządzi polityka olewacza. Znaczy – udawajmy że ich nie ma, że niedługo wyjadą. I Dobrze. Zapas niewidzialności pozwala mi na wyczynianie tego co żywnie mi się podoba – rysuje, czytam, śpię, oglądam, ściskam podręczniki i odmierzam czas kiedy mogę je upuścić. Wychodzę z mojej antresoli tylko wtedy gdy musze – gdy musze nastawić wody i napić się herbaty, gdy skończy mi się mineralna czy substancje smoliste we krwi. Jedyne w czym się tu przydaje to odkurzanie.
Jeśli jednak to jest ów szczęście to jest ono ciut nudne (tak w sam raz), rozleniwiające, nie pachnące, ale można je usłyszeć, smakuje bułkami z serkiem wiejskim i ogórkami Czasem można przegryźć je kradzionymi wiśniami z zapuszczonego sadu. Dużo się czyta, rysuje, myśli się. Jest także monotonnie. Monotonnie szczęśliwie. Produktywnie.
Nie do końca rozumiem co czuje?
Myśli mam militarnych, sprzecznych całkowicie.
Za siódmą kamienicą, siódmym marketem, tam gdzieś na krańcu deszczowej chmury. Patrzę na pole, czarna ziemia absorbuje delikatny deszcz, widok jest poradlony; czarno biały film z zakłóceniami. Otwieram torbę i wyciągam z niej stary zeszyt. Ze środka wyrywam kartkę, na której szkicowałam coś piórem wcześniejszego dnia. Rozkładam i kładę na polu. Mętna woda powoli wsiąka papier w grunt. Rozmyty atrament wlewa się do ziemi. Wciągając kolejne chemikalia do płuc, czekam tylko n jeden telefon, jedną wiadomość od nieznajomego. Ale to już nie dzisiaj nie teraz. Już czas zrobić porządek z Bangladeszem na głowie.
Pamiętniki zwykle powodują, że psychoterapia przynosi lepsze efekty. U mnie tak nie jest. Ale chuj tam. Gorzej być nie może. Z pełną namiętnością ćwiczę rolę mima jak i anemicznego Jasia- licealistę, co starymi autobusami wozi się do szkoły.
Nie takie rzczy się robiło.
Już nie raz robiłam za faceta.
Zmiany płci nie robią problemu. Siadam jak facet, chodzę jak facet, mówię jak facet, ale głosem przed mutacją, jak dla mnie dwunastolatka. Myślę jak facet. O Jasia nikt nie będzie pytał. Chłopak jest bardzo niepewny jutra, nieśmiały. kroczy ku do perfekcji, ale mu się nie udaje, a to pogłębia jego niepewność. Jasiu ma dobre chęci, ale nie ma predyspozycji, toteż cierpi. Cierpi tym bardziej, że jako licealista przechodzi dopiero mutacje. I zasadniczo jest kobietą.
Jada chipsy i mrożoną pizze, więc tyje. Pija najtańsze wina, litry kofeiny i nikotyzuje się litewskim gównem. Siedzi przed komputerem zgarbiony, nie ćwiczy, nie wdycha świeżego powietrza. Słucha neurotycznych basów. Czy wszystko to sprawi że nie dożyje 50 i pomarszczy się jak pomarańcza?
Zdania pojedyncze są mi obce, zatraciłam umiejętność przekazywania prostych komunikatów. Tak pomiędzy 3 a 4 rokiem. Początek zaziębia się z końcem. Koniec z początkiem zlewa się w całość, tudzież zahaczając o nieprzebraną liczbę wątków. Gubiąc się tam mieszam pozycje przecinków w zdaniach wielokrotnie złożonych. Zblazowana z wierzchu i od środka, stęskniona w ramionach i objęciach wracam. Wracam tu aby pod przybraniem przedszkolaka wrócić do lat dzieciństwa, kiedy wszystko było inne. Jak ciasto kokosowe i ciepłe kakao.
Ale wystarczy otworzyć oczy, otworzyć na teraz.
Jeśli sama się nie puszczę, to nie puści mnie nikt. Z tą myślą zapoznałam się dawno, a dziś się do niej zastosuje. Puszczę moje jestestwo w przebieg. W bieg spraw martwych. W litery niematerialne, werbalistyczne, onomatopeje i urojone epopeje. Podwodne miasta. Wszystko jak u Picassa. patrzenie na świat algorytmem, którego nikt poza nie wydołać sobie nawet wyobrazić. Jak Piękny umysł. Wzór na miłość. Wzór na lot gołębi za resztkami chleba. Ruch po okręgu, obszar pod całką. Ten pies, ten pudel, może być to też symbol?
To nie jest komercyjne, ale przecież nie miało takie być. Jeśli ktoś chce takiego brzmienia, niech sam je sobie stworzy. To jest niekomercyjne, dlatego będą niekomercyjne wyrazy. Wyrazy najważniejsze – nie jakieś tam; bóg, honor, ojczyzna.
Słowa puste.
Kocham Cie świecie. Tak bardzo chciałabym Cie objąć.
Bardzo ponuro żegnam się tym razem.
Rozbudzony kofeina i nikotyną mózg, przyśpieszone tętno serca. Mocny bas w słuchawkach. Stosy kartek wysypujące się z biurka, wyczerpane, żądne atramentu pióra. Fakty, mity, historia, przeterminowane wspominki zmarłych poetów. Wieczne związki serotoniny wpisane w papier. Szara jednorodna codzienność rozbryzgana na lustrze, otoczona dynem smolistym. Mózg przodujący nad jaźnią, która krzyczy w potylicy. Zdania, komplikacje, chomikowane myśli w teczkach, które bezimienne bełtają się wzajemnie. Osobiste „ja” ukrywa się przede mną, chowa się szczerość za placami nadętego ego. Fascynacja basem, rzęsami, poezją, wargami, brązowymi oczami. Tętnem.
Budzą mnie kolejne litry kofeiny, ogłuszają mnie ustępując tandetnej pustce, co ją sprzedają na bazarze razem z trywialnorozkosznymi kucykami z kreskówek, co mają grzywy modne i kopyta obute w cekiny.
Gdyby nie splot bawełny w mojej krtani krzyczałabym i wyła jak potrącony kundel przez diesla. Duszę się, coraz bardziej ściskam skronie kolanami, czuje jak niestrawione resztki wędrują w górę ku wyjściu. Z kącików oczu wyciekają na zejście skroni suszą się w brudnym materiale spodni.
Mijające mnie obskurne autobusy wyglądają jak trupiarnie, i wcale nie musze unosić głowy żeby zobaczyć tych wszystkich ludzi wpatrzonych w metalowe rurki, bojących się wyjrzeć przez okna na zakurzone ulice. Przecież już czują smak metalu od tego patrzenia, tak jakby lizali klamki drzwi, żądni łoskotu kluczy w zamkach swoich królestw.
Dym kłuje mnie w oczy, gorzki smak tytoniu w ustach, nie pomaga nawet słotkonijakie powonienie grejpfrutowej gumy, Nie chciałam palić. Ale co?
W mieście mnogo żelu, bezczynności i substancjalnych marzeń. Mało katharsis i szarych komórek, co by pobudziły kogokolwiek. Tak jest tu i tam, a ja nie wiem ile tak można. To wina kapitalizmu, zwału jajek i plastikowych matek boskich. Łokcie za oknem i skrzypiąca od tandetnego basu rdza, spodnicomajtki i samoopalującobrazujące gówno. Wysokie koturny na kaczych nogach, łyse czapki, dyskotekowe noce.
nie dla nich, nie dla nas, w dalszym ciągu, dla przesadnie wielu.
I jak tu, bez wglądu do brązowych oczu?
Kościół z okna.
Pieprzony Jesus ucieka nam sprzed nóg kiedy w głowach rodzi nam się pierwszy niezapomniany koszmar. Mój prywatny Jezus mknął jak odrzutowiec, kiedy miałam cztery lata, został po nim tylko jeden wytarty sandał.
Taki Jezus dla dzieci poniżej metr dwadzieścia.
świat się kurczy. z trudem składam mikroskopijne dobranoc.
powikłania, co są jak pępowina zawinięta naokoło szyi przy powiciu, komplikują poruszanie się po bulwarach, po kamienicy. W pomarańczowych skarpetach z potarganym uczesaniem i w dziurawą koszulką. Tusz. W źrenicy.
Boli oko. Czerwone. Zaraźliwe.
I gnije. Tutaj.
Z homogeniczną szarą codziennością, rozlaną na szybie okna, owinięta lekką mgiełką dymu, mózg wyprzedzający ciało i wiedza że gdzieś w tyle potylicy krzyczy.
Jestem zdechłym psem, który dyszy na trydziestoparostopniowym upale, gniotę pościel. Pocę się do niej. komnata czule wibruje donośnym basem, dotykam w sobie jakieś urojone i prawdziwe wspomnienia.
Mówię do Ciebie, mówię do nas.
Mówię do siebie.
Do kota, i do fajek, plakatów, kaset.
Głupieje widocznie, ale cóż.
Posiadam przecież to wszystko
To jedynie paragraf, następny z następnych, nadziany na papierek, na gwóźdź, jak rachunek na stołówce publicznej gdzie jadam obiady. Gdzie są nadmuchane ryby, takie z pustkami w sobie, jak gdyby kurwa nie można było zrobić porządnej bezpowietrznej ryby. Narzekam, wszak jestem okropnym gburem, przypierdalam się do wszystkiego, jak leci.
Rozkosz.
Co dzień wożę się po sklepach, pale czerwone viceroje za pln nieuczciwie wyłudzone, oglądam się za ciekawymi twarzami i śledzę trajektoria lotu much, wlewam w siebie red bulle, herbaty, kawy i inne pobratymcze. Szpikuje się reklamami, neonami, obserwuje jak wspaniale jest być aniołem, każdy z nas, ostatni aniołowie holocaustu, dzieci Lilith i Adma oczywiście.
nieukontentowanie.
Zamykam oczy, co w sytuacji obecnej trudne nie jest, gdyż odsercne lewackie czerwone okno zamyka się samo.
Wieszam się na Twojej szyi, patrzę się w Twoją twarz. Ty delikatnie dotykasz moich ramion. O nic nie pytam, Ty nic nie mówisz. Cisza, która wszystko wyjaśnia. Czuje Twój oddech, wiem, że tak będzie.
Wiem, że kochasz mnie z pełnym smakiem, kiedy pijesz tanie wino, rozkoszując się syntetycznym smakiem ciemnych owoców, które mogły dojrzewać w prawdziwym lesie a nie w szklarni. Kochasz mnie pijąc gorzką herbatę, wie rozczepiają światło w szklance. Patrzę w Twoje oczy, zdolne usunąć choćby cień smutku z pod-powiek moich zmysłów. Twój dotyk. Obietnica powiedziana w ciszy. Czuje się pewnie. Czuje się dobrze.
Obracać
Otwieram oczy. Za szybą wyłącznie sześć metrów i mur. cegła w cegły ustawiona w mur. Bąbelki uciekły z dzisiejszego czerwonego, ginąc wraz z pęcherzykami płuc. Marzy i mi się papieros u Twojego boku. Już nie wystarcza to, że liżąc brudną szybe okna wyobrażam sobie że to sorbet truskawkowy, Twoje usta.
przede mną porozrzucane zdjęcia, puszki, butelki, ksiązki. Nie jest źle gdy tak leże i myśle, czuję mięsnie, tylko sznurówki mi się szczepiły i ugrzęzły w butach zgniecione stopami. Trudno jest im oddychać, ale to ja mam plamę na prawej piersi, gdzie jest dziura na wylot, z mojego płuca.
wybudzają mnie krople i blaszano szelestliwy podźwięk, co jest jak kaszel straszliwego klowna. Prześmiewczy.
Myślę teraz o filigranowych panienkach, co się zaciągają cudnym i nonszalanckim dymem długich na trzy cale papierosów cienkich niczym papier. Chce zapomnieć o Tobie, o moim aspiracje z Twoją twarzą i głosem. Zanurzam się w dźwiękach dżemu nie mogąc pozbyć się Twego zapachu, Książe.
Ale wiem. Za dwadzieściakilka lat usiądziemy obok. Tak by szczeliny w naszych płucach na siebie nachodziły. Uśmiechniesz się, będziesz ze mną rozmawiał o niczym, tak jakby to było normalne, że ze stołu spada popiół brudząc czubki naszych stóp.
Dumam.
uchwytem klamki
łapiesz mnie za włosy przy karku
karkołomnie przesuwasz językiem
po skosach obojczyka
wyostrzasz słuch na moje pojękiwania
wyłapujesz na twarzy i piersiach
każdy gorący oddech
mówisz do mnie
głęboko
rytmicznie
chwyć się moich pleców
zawieś się na mnie
każdym paznokciem z osobna
wbita głęboko w skórę
Jeden strzał, dziesięć i siedem dziesiątych przebite kolcem amputowanej róży. A żonkil mówi siurszot.
Temperatura wrzenia. Detronizuje całą swoją zdolnością amerykańskie dźwięki nierównego wschodniego nabrzeża dla skandynawskich furiatów. Wszędzie bomby atomowe, wrzaski czarownic
Jesteśmy niewinne!
I trwać. Byle do soboty.
Wlewam kawę na spragniony używek przełyk. Przygryzam ciasteczkami. Mogę bynajmniej pomasować się po sterczącym brzuchu. Wypas kurwa. Szczery full niezakłamany. Zatrudnię całą armie ciarek wędrujących po głowie do walki na słowa z cybertycznym marzeniem Gutenberga.
Lewackie sny nabierają na znaczeniu. I tak cała moja świadomość tkwi w Twoich spodniach.
Jestem Twoim doktorem, czujesz już ten lodowaty stetoskop na swojej potylicy, iniekcje kawy w mięśnie? Boli? A smakuje?
I mam dominantowe znużenie autobusami co są jak ścierki centrum - kuchni, zaplamione błyszczącym tłuszczem. / pocięte fotele, skrecze w przestrzeni i niedziałające kasowniki łudzące diodami/ gazowane łzy są kłamstwem, a za nimi spływa jeszcze drobna łupina orzecha, z żaglem białym jak ty w portkach szeleszczących. Bo to jedynie co wiąże mnie z autobusowymi przewodami.
bujaj kaszę, wąchaj kamasze
i uczesz tego bobra na głowie ziomal.
reasumując.
Zgwałć mnie.
Albo bądź moim mężem.
Czas rozciąga się jak wyzuta guma i wlepia z soczystym jękiem w moje brudne włosy, tam dożywa i pozostawiając mnie bez życzeń pozwala się trwonić.
Zarastam, zmieniam kolejne pary skarpet, jestem zbyt zblazowana nawet na samookaleczenia czy masturbację, które zawsze pomagają ludziom zerwać ze znudzeniem. Jestem dumna z własnej osobistości, że płodzę ten tekst i jeszcze nie skończyłam. Doliczam się pięciu kubków po herbacie karmelowej i notuje, ze wokół leży ponad sto płyt, każda nie w swoim pudełku i kilka zeschniętych badyli, nie służących już niczemu.
Zapomniałabym. Wszak moja wyobraźnia nie pracuje, jej szczątkowy organ pozostał w nosie.
wrażliwą fantazją i harmonijną aranżacją popisują się za to palce próbujące usunąć te uciążliwe resztki. Palę, dużo palę, wtedy też nic się nie dzieje, ale jak palę to ‘nic nie dzianie się’ jest tak plastyczne i chujowe, że aż zaczyna mi się podobać. Nie narzekam przecież.
Względnie niczego nie popieram, ale i nie wytykam palcami, stałam się ultralekka, superszybka i do doganiam 4 generację japońskich telefonów komórkowych w swoim stopniu zaawansowania w bierności.
Bierność jest jak lignina, sambady wetknął mnie do słoika z lignina, bez nakrętki, gdzieś tam u góry topnieje śnieg i leci mi na ryj, skwaśniały taki i brudny, z sadzy upierdolony, o smaku kuwety.
Od całości się odbijam, na całość mogę usiąść albo się położyć, mogę zranić i wysłuchać, mam anielska cierpliwość zespoloną z senno-znudzoną uwagą. Potrafię i nie potrafię jednocześnie.
Jestem jak guma w moich włosch, co nie mogę jej wyciągnąć, jestem rakiem w swoich płuchach, któremu z oddaniem pomagam, jestem mózgiem którego ukochałam niszczyć, palcem, którego wkładam Ci w oko, bo mi nudno.
Jestem impertynentem i szkodnikiem, znudzonym mordowaniem żołnierzem, strażakiem podpalaczem, księdzem chodzącym na dziwki, tanią kochanką, fałszywym przyjacielem, a to w całości jest dalece niebezpieczne w swojej znudzonej postawie
Znudziłam się już nawet niebezpiecznymi substancjami i zabójczą dietą. Znudziło mnie przedzieranie się przez reklamy, przez mój własny fałszywy obraz w waszych oczach. To co wiecie należy do was. Ucieczka się nie udała. Prorodzinność raczej mi nie służy.
myśle o tym wszystkim i staram sie nie panikować bo jeśli stan zauroczenia; mówiąc nie wiem jak bardzo górnolotnie jest stan, obfitujący w emocje w różnego rodzaju rękodzieła, nie płaczę, nie krzyczę, nie wołam o pomstę do nieba, tylko spokojnie chciałabym, żebyś przestał jeździć autobusami, zebyś dał mi trochę przestrzeni do wypoczęcia, jak już odszedłeś, to zamknij za sobą drzwi,daj mi dużo ciepłej przestzeni gdzieś poza wszystkim, zostańmy przyajciólmi,czujesz wagę tych słów? (Ty rzucasz słowami jak liśćmi, nie czujesz ciężaru, dlatego jesteś taki zagubiony, masz takie smutne oczy). Moge pisać, krzyczeć, wołać. Nie znam Cie, Ty mnie zresztą też nie. Nawet nie wiesz już, że istnieje, że pisze to do Ciebie.
obiecuje sobie, że o siebie zadbam, ze siebie nie zostawie, hedonistycznie kupie kolejna butelke miodowego płynu do kąpieli.
tak, rób mi. mi tak dobrze.
sama nie wiem, czuje ogromną potrzeba tworzenia czegoś, a że tworzenie razem mi nie wychodzi, czas coś zmienić. czas sie zebrac, teraz być może bedzie lepiej. okazjonalnie wciąż płacze za Twoim głaskaniem, za bajkami, za gestami, za uśmiechem, ale życie leci dalej.
ja już jako punk odniesienia.
ja jako chęć spełnienia osobistych żądzy i niewyżycia.
Ty jesteś już tylko literami, parą pięknych oczu, zawieszony tak daleko. nie moge już sięgać po Ciebie, ale prosze, daj mi troche odpoczynku, troche ciszy, w spoznionym prezecie pozegnalnym...
teraz bedzie inaczej. teraz bedzie lepiej.
teraz nie bede cierpiec.
samoloty urządzają sobie romantyczne spacery nad moim domem.
trzymają się za ręce i niczegopozasobą nie widzą.
są w sobie najbanalniej w świecie zakochane i błagają o to, żeby benzyna wystarczyła na trochę dłużej niż zwykle.
Ale na ziemi są małpy... te małpy mnie tak wkurwieją, gdzie nie spojrzysz małpy...zrobisz dajmy na to kurwa krok na prawo patrzysz a tu jebane małpikurwaszony....
[wspomóż mentalnych biedaków, którym nie starcza wyobraźni do pierwszego.]
www.samokontrola.photoblog.pl
"Mózg waży niespełna 1,3 kg – to tyle samo co chudy kurczak z rożna albo wszystkie drobnoustroje kłębiące się w jelitach człowieka."
rano budzę się przed budzikiem niecierpliwie, z pewną dozą strachu, oczekuję aż zadzwoni. i leżę dalej. nie mam siły wstać. nie żeby moja turlowatość jedyną była tego przyczyną. zresztą sturlać się z łóżka łatwo dosyć. no więc ja leżę. leżę i czekam, bo może się zachce. niechcenie trwa jednak do wieczoru. wtedy nie chcę spać iść i nie żebym bała sie duchów, czy upiorów. ni nawet snów, bo koszmarów nie miewam, chyba że zombi.
to takie rozbicie cząsteczkowe. bo jak się nagle tak wielką dawkę czasu w żyłę zaaplikuje, to doprawdy szok ustać szybko, to nie ustanie.
natomiast pantofle się znalazły. ale bez księcia.
kochajmy się ludzie, kochajmy siebie. Bądźmy wolni i szczęśliwi. Postawmy na rozwój psychiczny, bo będąc jedynie pięknymi będziemy się strasznie nudzić, będąc inteligentnymi będziemy się dobrze bawić.
Błogosławię ze swego szczęśliwego serca, które padnie z powodu za wysokiego cholesterolu.
mózg stał się bezpłodny. Stracił zdolności rozrodcze w wyniku zbyt dużego stężenia w atmosferze i aksygonomeru anyszku LXXXIX, znanego również w szerszych kręgach pod pseudonimem 'Radość' i hygronoargolytozu VIII piarunu V vel 'Niepowodzenie'. Aksygonomer anyszku LXXXIX w połączeniu z hygronoargolytozem VIII piarunu V tworzy mieszankę wybuchową, zabójczą dla normalnego organizmu.
Cóż, można by rzec, że miałam szczęście- mój mózg nie jest normalny, jest cofnięty do okresu paranoidalnego embrionu wieku XIII dzięki czemu zdołał przetrwać. Niestety nie będzie jednak w stanie utrzymać swego gatunku na Ziemi. Apeluję więc do wszystkich mieszkańców-
ZMNIEJSZYĆ PRODUKCJĘ NADZIEI!
niby wszystko jest w porządku.
niby to co się miało skończyć skończyło się.
niby to co się miało zacząć zaczęło się.
niby jest ładna pogodna.
niby ruch jest prawostronny
a jak jest na prawdę?
podociskam skuwki. mechaniczne czynność wprowadzają harmonię. choć wkłady ostatnio zbyt szybko się wypisują. ostateczny krach?
Jest dobrze. Mam co chciałam. I więcej i uwielbiam moich.
Ale jakoś znowu jakby to nie było moje, tylko obok…
nawet depresja bywają marniutkie. nieograniczone żadnymi konkretnymi. osobami czy zjawiskami. rozciągnięte pomiędzy latem a latem, morzem a górami, kilkoma szarymi ulicami misata. materializuja się dopiero po stracie ostatniego punktu. bombłajaż!
nie jestem biedronką, słoneczkiem, żabką, ani nawet koziołkiem matołkiem nie jestem. choć czasem mówię nie to co chce, a jak nie wiem co to przeważnie, że jesteś czymś małym. może misiem. z odstającym uchem. ale zaraz zaraz nie myśl, że to do ciebie, bo ciebie wcale nie znam tak dobrze jak bym chciała. trochę szkoda. ale nie jest mi smutno, bo fajno przeciez jest. aaaaa kotki dwa. szaro bure oby dwa.
było zdjęcie ale nie ma
był moj własny prywatny ekchibicjonizm
Dzisiaj mnie olśniło.
Więc niniejszym ogłaszam, że blog mój kierowany jest do:
- mądrych kobiet
- mądrych kobiet, które nie lubą± mężczyzn
- mądrych mężczyzn, którzy lubią mądre kobiety
- mądrych mężczyzn, którzy lubią mądre kobiety, które nie lubą mężczyzn.
Wyjątkiem od reguły są wszystkie chimery, mozaiki, a także pasjonaci musicali retro oraz filmów produkcji jugosławiańskiej.
Reszta niestety musi wyjść. Nie ma lekko, tu trzeba pracować i pieprzyć.
Ps.; Kiedyś gdy myślałam, że śpiewam i wyglądam jak Norah Jones wstęp miałyby także ładne kobiety. Z racji, że się myliłam, ładne wypraszamy, ano, ano biegiem
JETIX MI PRZERYWA
Znowu powrót do jaskini rozkoszy, bo moje łóżko, trochę mojej bielizny porozrzucanej po kątach, zeschnięte kwiaty w wazonie. Padam na zbyty pysk na czarną pełną jakiś bliżej nie zidentyfikowanych okruszków pościel, z zapachem kadzidła, gdzieś pod powierzchnię tego wszystkiego. Pod mentalnością, metafizyczną rzeką myśli i paranoi… Powrót z dwóch tygodni emocjonalnego orgazmu, u boku wspaniałej osoby i fizycznej katorgi. Ah i oh. Raczej nie udana próba wyjścia z fizyczno - psychicznego choróbstwa a tym bardziej z obsesyjnej chęci. Ale tworze siebie na nowo. Zrzucę futro, wygrzebię się z ziemi jak dżownica, wykluje wynurzę….
[Dziękuję Tobie]
Tera będzie zagadka. Czym różni się młoda zezowata mucha od młodej niezezowatej muchy? No? No Niczym. Zezowata mucha patrzy się w oczy niezezowatej i próbuje się skupić na tym co ta druga gada. Jak ma zeza rozbieżnego to tym trudniej. Bo jednym okiem widzi dupe krowy a drugim trąbkę. Mucha bez zeza też ma problem, bo patrzy w oczy muchy zezowatej i nie wie czy ta łypie na dupę krowy czy na jej trąbkę. Chyba, że jest to zez zwykły. Wtedy można patrzeć tylko na trąbkę. Centralnie. I bez odchyłów. I tak źle i tak niedobrze. No to bombłajaż przyjacielu.
z dnia 21.08
świat jest fajny, rodzice mnie kochaja, znajomi rozumieja, a zmieniac sie nie zamierzam, tylko byc sob wreście
a w anioły nie wierze ot co^^
lubię jak nachodzi mnie to uczucie i wszedzie słyszę szept...
baldur... baldur... baldur... baldur... baldur...
Tak więc część drugą po raz drugi czas zacząć, tylko że tym razem z dodatkiem!
Ach ach!
I to jeszcze z wyeksportowaną postacią, moją, rozwiniętą, wypielęgnowaną na mym łonie...
pyszności...
ah i te owady.
A propos motyli to ostatnio ciągle mnie wpadają do pokoju takie małe wkurzające muszki i krążą przed monitorem,
a kiedy ja je Pac! to mnie spada zegar na górze..
tak pozatym to to uczucie pełne platoni umrzeć nie chce.
a tak sekretnie budowany wokół siebie własny świat, zaczynam dezinstalować.
czyli ogólnie rzecz biorąc takie i owakie podboje intelektualne.
Masz ci babo placek, hej!
nocne monologi ejb vaginy. w nocy gadam do siebie. i do psa. ale do psa też w dzień gadam a do siebie nie, a w nocy tak. i za 4 godziny pora wstać i dzień dobry bardzo bo pani piździńska sobie zażyczyła i chyba zabrnę w śniegu i nie dojdę.
bo która roślina lubi mieć okryte nasienie, he?
brak mi motywacji. brak! brak ochoty. i rzygam na to. kolorowy pawik, wypadnie i odleci.
A ja? czuje się jak gówniana papka spuszczona w kiblu.
z prądem płyń! z prądem! a po drodze rozpadaj się na kawałki. żeby została z ciebie tylko osrana nie strawiona marchewka.
Ale nie, nie zagłębiajmy się w codzienność. Czcijmy ducha. Walmy głupie serce. Bagnetem go. Bagnetem.
Nie, nie. Dzisiaj nie ma sensu. Dzisiaj nie ma weny, nie bardziej niż wczoraj. Bo wena jest rzeczą niezmiernie względną, więc czasem idzie po prostu się jebać, robić konfitury niskosłodzone czy też zdjęcia antylopom na safari.
Myślę jednak, że gdy wzejdzie słońce spłodzę się na nowo.
A więc do wiosny kochanki i kochankowie!
zespół maniakalno-depresyjno-idiotyczny. bycie lampką pomogło tylko na chwilkę.
Ale nie w tym rzecz, czy przedmiot, czy substancja w stanie stałym jakkolwiek bezsensowna jak to zdanie.
buahaha
śmiech beznadziejności i rezygnacji, szlochania i niewiedzy.
ludzie przychodzą i nagle znikają, chociaż są dalej. są gdzieś.
to chyba bardziej bolesne niż bóle menstruacyjne.
Ale poradzę sobie, poradzę sobie, poradzę sobie z tym. i nie będę sobie wmawiać ze nie, bo sobie poradzę. w nagrodę pojadę na ‘łódstok’ ( od jutra właśnie biec zaczynam ).
[wewnętrzna strona lewej dłoni krzyczy do mnie moim przybranym imieniem. Jasiu - krzyczy - wypierdalaj. i nasraj sobie na swój pusty łeb!]
boki zrywać
wyrwę sobie bok
dwa boki sobie wyrwę
Dziękujemy. Brawa. Kurtyna.
Ciao
Tępy brak notki w miejscu gdzie takowa znaleźć się powinna, jest jedynie dowodem twórczej niemocy.
Twórczej nietwórczości.
Weekendowemu nicnierobieniu towarzyszącemu weekendom.
I dlatego idę zjeść trochę dżemu.
Pees. Umarłam. Jestem projekcją astralną zasilaną dwoma alkalicznymi paluszkami AAA. I dlatego może w stanie nie jestem wypowiedzieć się o dniu dzisiejszym. Zawiodłam się ot co. I dostrzegłam iż unika mnie ostatnio. Ucieka gdzieś przede mną. I lepiej. Zapomnieć mi pozwala przynajmniej.
Adjos Kochani. Bo zaczynam frustrować się niepotrzebnie.
Kiedy jest ci tak źle, że już gorzej być nie może, zacznij się walić kijem po nodze. Kiedy przestaniesz, od razu poczujesz się lepiej.
Odchudzam się.
Ciekawe, który to już raz kolei? Na pewno dochodzę już do liczby rekordowej, ponieważ ja odchudzam się średnio trzy razy na dzień. Obliczając powoli, bo słaba z matmy jestem (co przeczy się niestety moją nieokreśloną miłością do niej) wychodzi, iż tygodniowo odchudzam się jakieś 21 razy. Czyli przy użyciu nagłego samozaparcia przechodzę na całkowitą rezygnację ze słodyczy i w ogóle cukru na rzecz powiedzmy gorzkiej herbaty (którą i tak po stokroć wolę od słodkiej). A jednak odchudzanie w moim wykonaniu nigdy nie dało lżejszej satysfakcji niż o jakieś 2 kg. Więc w jakim właściwie celu oszukuję się, że się odchudzam skoro wiem czym to się skończy?
Bombłajaż Przyjacielu
Pees To co Kochanie? idę teraz Cię skonsumować. Albo nie! Schowam Cię do pudełka na świeżą żywność aż do następnego tygodnia. (bo ze słodyczy rezygnuje przecież;)
Niech mnie ktoś uderzy. Byle szybko. Byle czym. Byle mocno. Bo przerasta mnie moja własna głupota.
Chcę hodować marihuanę na księżycu.
Biczys kurna mada faka
I tym kończe kolejną notkę z doliny muminków (Włuczykij poszedł na dziwki)
[ jeszcze taki mały osobisty pees. Pringells górą (dla Ciebie to tylko i wyłącznie)]
Ciało bejbe
Zjechałam dzisiaj myślami głęboko pod dywan.
Czuje, że to nie jestem już ja. Tylko jakieś moje egzystencjalne resztki.
Połknęłam własną miłość. A teraz wymiotuję nie entuzjazmem.
Jestem już zmęczona nieprzerwanym marzeniem podświadomości - może jeszcze kiedyś.
Ale przecież ja wiem, że tak nie będzie.
Układam wszystko od nowa. Ale Ty uparcie , paraliżujesz każdy mój oddech. Ja za to każdym razem obiecuje sobie; zapomnę.
Innymi słowy...
Majonezowy hardkor z pomidorem...
czyli
jestem bardzo nieszczęśliwa
zimne kawa, ciepły sernik i mocny punk bez żadnego przekazu.
gubię swoje smutki. trochę mi chłodno i trochę mi śmiesznie. tylko jeszcze ta krew nie na swoim miejscu...
zepsuta mala dziewczynka twardo stapajaca po ziemi...
19.12. Uspokoiła mnie dzisiaj muzyka klasyczna. To dziwne. Zawsze doprowadzałam mnie do szału.